Priorytety i przyjemności nie zawsze chodzą w parze

Często bywa, że pierwsze walczą o miejsce z drugimi, a nawet miażdżą je boleśnie pozornie poprawiając naszą produktywność. Czy wtedy takie agresywnie dające znać o sobie priorytety rzeczywiście są dobre? Lepiej, gdy wygrywają priorytety, czy lepiej gdy pole oddają przyjemnościom?

Jestem i chcę być wydajna i produktywna w swoich działaniach

– powiedziała Siedem z Dziewięciu Trzecie Przyłącze Unimatrycy 01

Jeśli będę o tym jeszcze więcej myśleć to zwariuję. Pomyślę o tym jutro

– powiedziała Scarlet O’Hara

Która z nich miała rację?

Żadna i obie z nich. O tym się nawet sama przekonałam wpadając w dwie mityczne pułapki:

Mit pierwszy:

Im więcej masz zadań do zrobienia, tym bardziej jesteś w stanie się zorganizować.

Masz więcej chęci, bo większa presja. Nie odkładasz, bo wiesz, że coś potem czeka w kolejce do realizacji.

Naprawdę? Ja się nie zgadzam. Przynajmniej u mnie to tak nie funkcjonuje. Nie jestem cyborgiem jak Siedem z Dziewięciu i nie zaplanuję sobie wszystkiego co do minuty. Co wcale nie oznaczało, że nie mogę sobie narzucić tyle zadań, by poczuć się tak produktywnie jak ona. Uwierzyłam w ten mit powyżej i wiedząc, że czeka mnie sporo pracy dorzuciłam sobie jeszcze trochę. Jest taki stary dowcip o kozie i mądrym rabinie:

Przyszedł biedny Żyd do mądrego rabina pożalić się trochę, chałupa mała, ciasna, a tu piątka dzieci, żona, teściowa i nijak się pomieścić nie mogą. Rebe myśli, po brodzie się gładzi i rzecze:
– Idź na targ i kozę sobie spraw.
Żyd zdziwił się wielce, ale rabina posłuchał. Po tygodniu przychodzi znów załamany jeszcze bardziej.
– Rebe! Teraz nie dość, że ciasno, to jeszcze koza żre wszystko i sra wszędzie. Co ja teraz zrobię?
– To teraz idź, sprzedaj kozę na targu i odwiedź mnie za kilka dni.
Tak też Żyd zrobił i przyszedł wielce uradowany do rabina.
– Rebe, Twoja mądrość jest niezmierzona. Sprzedałem kozę i od razu więcej miejsca się zrobiło.

Ja też kupiłam kozę. Nie na targu i nie prawdziwą, ale była to taka koza metaforyczna, której zakupu dokonałam świadomie i z premedytacją. Mam przecież zawsze mnóstwo czasu, energii i przestrzeni tylko o tym nie wiem. Wiedziałam, że część zadań odrzucę, ale te które zostaną spowodują, że poczuję większy nacisk by jak najszybciej zrealizować to co najważniejsze, bo zaraz da znać o sobie to co mniej ważne.

Rzeczona koza teoretycznie miała pomóc mi odkryć zasoby, które miały zwiększyć moją produktywność. Ba! Dowiedziałam się gdzieś nawet, że to trochę jak z mięśniami, gdy się je ćwiczy rosną. Ja dostałam prawie wyłącznie zakwasów. Przyznać jednak trzeba, że metoda w pewnym stopniu działa. Moja koza odkryła moje niezmierzone pokłady energii i siły, ale zeżarła je a potem wy…daliła. W końcu sprzedanie kozy wcale mi nie ulżyło. Przeciwnie – poczułam się bardzo zmęczona zajmowaniem się priorytetowymi zadaniami i doglądaniem kozy. Tak zmęczona, że … postanowiłam nie myśleć o odpoczynku, tylko wykorzystać rozpęd i wpaść w

Mit drugi

Dane zadanie robisz tyle czasu ile sobie na nie przeznaczyłeś

Oczywista oczywistość. Rzadko kiedy ktoś się spieszy, by zrobić coś przed wyznaczonym czasem. Deadline to deadline i on wyznacza granicę, więc nasz umysł zwalnia jeśli czujemy, że ostateczny termin jest daleko. Zgadzałam się z tym całkowicie.

Skoro więc sprzedałam kozę mogłam zwiększyć działania w swoich priorytetowych sprawach. Gdy ją posiadałam moje zadania miały wyznaczone minimalne ilości czasu jakie mogę potrzebować. Owszem, pamiętałam o zasadzie Pareto, ale stosowałam ją wobec wyznaczania granic czasowych jak skalpel. Nie dodawałam ani promila więcej niż te 20 procent dodatkowo na działanie. Gdy pozbyłam się kozy, nie popuściłam sobie nic kompletnie, za to w dziury pozostałe po doglądaniu po kozie upchałam dodatkowe zadania, które były ważne, ale mogłam zrobić je w późniejszym czasie.

Nie priorytetyzowałam sobie działań?

Priorytety, to zawsze podstawa działań. Były i są, ale wtedy pojmowałam ich realizację odrobinę zabójczo. Były zadania, które miały najwyższy priorytet – tymi zajmowałam się na początku, potem średni – tymi zajmowałam się w drugiej kolejności, a potem były priorytety o niskim stopniu, którymi zajmowałam się na końcu. Jak można słusznie zauważyć wszystkimi się zajmowałam. Po kolei, ale wszystkimi.

Niestety nie jestem Siedem z Dziewięciu i nie mogłam zajmować się z automatu całą wypisaną listą. Lista zresztą była za długa mimo, że zrobiło się więcej miejsca po sprzedaniu kozy. Moja wewnętrzna Scarlet przytłoczona nawałem pracy, nawet nie pisnęła, że o czymkolwiek pomyśli jutro. Szkoda, bo być może wtedy zauważyłabym, że to miejsce zostało źle wykorzystane. Powinnam przeznaczyć je na zadbanie o siebie i przyjemności, bo to one wzmacniają tak naprawdę naszą siłę działania.

Dlatego wypisując swoją listę zadań pamiętajmy o tym, by zachować równowagę między pracą a przyjemnością. Wybieramy częściej to drugie, ale nie bez przyczyny. Prokrastynacja też bywa objawem tego, że ta równowaga gdzieś została zaburzona.

– Zmęczyłam się, ale najważniejsze zrobione – powiedziała Jadzia Dax do siedzącej obok Yennefer von Vengerberg
– Można jeszcze… – zaczęła Seven
– Można nie oznacza trzeba – syknęła czarodziejka – Jadzia? Masz ochotę na Kal’Toh czy walkę na Bat’lethy?
– Wolę Bath’leth, bo przynajmniej tam mniej oszukujesz – mrugnęła okiem Dax